Jako osoba regularnie uprawiająca sport, bardzo istotną rolę w moim codziennym funkcjonowaniu odgrywa żywienie. Od bardzo dawna gotuję samodzielnie, pierwsze próby zbilansowania jakiejkolwiek diety podejmowałem w czasach studenckich, kiedy to pokój 3 osobowy postanowiliśmy ze współlokatorami wyposażyć w małą lodówkę i kompaktową dwupalnikową kuchenkę elektryczną. Po latach doświadczeń nabrałem pewności siebie w kuchni i naprawdę smakuje mi to co przyrządzam!

Staram się nie tylko bilansować odpowiednio posiłki, ale przede wszystkim dbam o smak. Dlatego wyjeżdżając w jakiekolwiek miejsce poza dom – czy to w Polsce, czy za granicą, zawsze mam nadzieję, że uda mi się zjeść coś dobrego. Latem 2017 postanowiliśmy ze znajomymi wybrać się na wybrzeże Costa Brava, gdzie i tym razem miałem ogromne nadzieje na rozpieszczenie mojego podniebienia i żołądka. Na samym wstępie uprzedzę tylko, że się bardzo rozczarowałem, w dalszej części opiszę dlaczego… Podróż była oczywiście samolotem na własną rękę, wycieczka złożyła się w sumie z trzech etapów.

BLANES – początkowy punkt wyprawy.

Blanes to typowy, a jednocześnie urokliwy kurort turystyczny oddalony w kierunku północnym od Barcelony. Mimo dosyć sporej rozpoznawalności i wielu walorów turystycznych miasteczko nie było przesadnie przeludnione. Raczej ruch uliczny był umiarkowany, poruszanie się po miejscowości, czy znalezienie miejsca na plaży nie było problemem. Miejscowość słynie z niezwykle malowniczych zakątków.

Przylecieliśmy późnym wieczorem, do samej miejscowości dostarczył nas gospodarz mieszkanka, które wynajęliśmy na kilka dni. Oczywiście po przylocie byliśmy głodni jak zwierzęta. Nie ukrywam, że o ile w normalnej codzienności staram się zdrowo funkcjonować, o tyle kiedy jest święto to nie wariuję, a jak lecę na wakacje ze znajomymi to też niczego sobie nie odmawiam. Sam fakt, że udało się fajną paczką zgrać na wycieczkę kusi się o to, żeby jeszcze czekając na samolot skorzystać z możliwości strefy Duty Free :))) Także oprócz samego głodu załączył się pierwszy etap kaca po prawie 3 godzinnej podróży. Czyli typowe gastro o godzinie 23:00.

Nic dziwnego, że pierwszym kierunkiem po odebraniu kluczy do mieszkania musiała być knajpa. Jest przed północą, pewnie miasteczko turystyczne tętni życiem o tej godzinie. I pierwsze zdziwienie… Na mieście cisza (szczyt sezonu wakacyjnego), w knajpach można pocałować klamki, ale na szczęście pojawiło się ostatnie światełko nadziei – stacja paliw. W tym momencie dużo do szczęścia nie było potrzebne, pierwsze co mi się w oczy rzuciło to pizza z zamrażarki i schłodzone browarki o pojemności 1L – bomba, przeżyjemy!!! Pizza pokryta prawie w całości ketchupem była do zjedzenia, a zimne piwo po takiej podróży wiadomo, balsam w przełyku.

Następne dni to już żywienie w miasteczku i nadmorskich knajpach. Szczerze? Można było się w sumie żywić dalej na tej stacji. Gdzie byśmy nie usiedli, menu wyglądało podobnie, stara wyblaknięta ulotka z obrazkami sprzed 20 lat. Najgorsze było to, że niezależnie co zamówiliśmy, wszystko było z mrożonek – nawet kalmary, a pizza w knajpie nie różniła się niczym od tej ze stacji, ten sam format i ta sama zawartość!!! Dołączyli do nas inni znajomi, którzy znają region i zabrali nas do argentyńskiej restauracji gdzieś w zaułku, no i to chyba było najlepsze podczas pobytu w Blanes, steki nie z mrożonek 😀

Nie wspomnę o kebabie w najbrzydszej budce, który był również jedną z rozsądniejszych potraw wyprawy na północ Katalonii 🙂 Także mimo, że próbowaliśmy jedzenia w różnych miejscach, ta część kulinarnych doświadczeń nie była zachwycająca. Samopoczucie ratowało bardzo dobre lokalne piwo i doborowe towarzystwo! 🙂

BARCELONA – część kulminacyjna.

Mimo niezaspokojonego podniebienia w pierwszej części wycieczki bardzo się nie martwiłem, bo wiedziałem, że przed nami pobyt w sercu Katalonii, gdzie na pewno zjemy coś pysznego, typowo hiszpańskiego. Umęczeni przeprowadzką, jazdą autokarem i znów na skacowani udaliśmy się w kierunku kolejnego miejsca pobytu, przemieszczając przez sławny deptak w Barcelonie „La Rambla”. Znów było późno, chociaż wydawało się trochę więcej ludzi niż poprzednio w Blanes o tej godzinie, ale też bez szału. Zatrzymaliśmy się w pobliskiej restauracji, oczywiście coś zjeść. Zaczynając od obsługi – stary, pomarszczony, niezbyt pachnący facet rzucający menu na dzień dobry zrobił „klimat”… z tego co pamiętam to chyba były zamówione przekąski (Tapas), ja nie chciałem ryzykować bo byłem zbyt głodny i poszedłem w klasykę – filet z surówką. Finał to kilkadziesiąt euro w plecy i wkur… na twarzy. Jedzenie jak z żołnierskiej stołówki, zero soli, warzywa suche bez odrobiny oliwy, a pomarszczony kelner czeka nad głową i patrzy ile wrzucasz do szkatułki z rachunkiem. Trudno, może źle trafiliśmy.

Następne dni to było jakieś tam zwiedzanie, kilka newralgicznych miejsc, nie będę opisywał co i gdzie, bo bardziej chcę się na jedzeniu skupić. W każdym bądź razie nawet próby zwiedzania był mało komfortowe – lampa 40 stopni nad głową, miliony turystów na metr kwadratowy, a dodatkowo świeża sprawa ataku furgonetki na przechodniów (stało się to w dniu naszego wylotu z Polski) nie sprzyjała dobremu samopoczuciu, czy skupieniu się na naprawdę ładnej Barcelonie. Ale skoro już tu jesteśmy to idziemy (mając oczy dookoła głowy) przejść się po najbardziej tu znanym obszarze plażowo-turystycznym, czyli „La Barceloneta„. Przyszedł czas obiadokolacji, więc usiedliśmy w knajpce, która wydawała się nam najbardziej obiecująco. Obsługa była naprawdę miła, jednak nie wiem czemu znowu jakiś starzec podaje menu – które również wygląda jakby miało lata świetności dawno za sobą. Solidarnie zamówiliśmy jedno z najbardziej popularnych dań hiszpańskich czyli Paella. W skrócie – było po prostu zwykłe, zjadliwe, nic nadzwyczajnego. Rozgotowany ryż z dodatkiem jakiegoś sosu (wydaje mi się, że coś paprykowe/pomidorowe), kilka warzywek i owoce morza/kurczak, w zależności kto co tam sobie wybrał. Jedyny smak, który czułem to słony, oczywiście jak sam sobie posoliłem, bo danie kompletnie nie miało żadnego wyraźnego smaku :))

Jak już zjedliśmy Paellę, która okazała się zwykłym zapychaczem żołądka, to postanowiliśmy, że już koniec z hiszpańskimi eksperymentami. Bo ile można chodzić z niezaspokojonym smakiem? Zaczęliśmy szukać tego co smakuje nam w Polsce. Następnym razem wygooglowaliśmy sobie amerykańską knajpę z burgerami, które były naprawdę dobre, w środku nie było regionalnego klimatu i charakterystycznego menu z historyjką na okładce. Jakoś udało się przetrwać te kilka dni 🙂

Lloret de Mar – czy to nadal ten sam kraj?

Po naprawdę meczącym pobycie w stolicy Katalonii, spontanicznie postanowiliśmy ostatnią dobę spędzić w jednym z najsłynniejszych kurortów wypoczynkowych wybrzeża Costa Brava. Było to nam po drodze na lotnisko, więc szybka akcja booking, pakujemy się i rano następnego dnia jedziemy do Lloret. Już jak dojeżdżaliśmy autokarem to nie wierzyliśmy, że to nadal ten sam kraj i to samo wybrzeże. Mnóstwo młodych ludzi, wokół wszędzie knajpki, sklepiki, dyskoteki, po prostu widać, że coś się dzieje od samej granicy kurortu. Miejsce, które chyba bardziej rozumiało potrzeby turystów chcących wypocząć w nadmorskim regionie.

Apartament znaleziony w jakiejś promocyjnej cenie okazał się hotelem na wysokim poziomie. Tak było nam żal, że od początku tu nie przylecieliśmy…ale kto wiedział. Najbardziej mnie jednak ucieszyło, że nigdzie już nie widziałem uderzającego w oczy szyldu „Tapas, Paella”, tylko „Pasta, Pizza, Burger, Kebab, Drink, Bar, Disco”, czyli rekompensata tygodniowego poszczenia w poprzednich miejscach. W końcu czujemy się swojsko, nasze smaki, plaża i przebijający się w tle akcent wschodniego sąsiada… 🙂 Zero zwiedzania, tylko plaża i chill…

W takim razie co było najlepsze w Katalonii?

Głupio się przyznać, ale wszystko to co nie było regionalne. Potrawy kompletnie niedoprawione, zero jakiejkolwiek finezji, a obsługa albo na niskim albo średnim poziomie. W Polsce, w pierwszej osiedlowej pizzerii kelnerka jest najmilsza na świecie, bo jak się nie uśmiechnie przy zbieraniu zamówienia to zaraz miejsce obsmarowane w sieci, że obsługa niemiła… A tam? Mają zupełnie wyłożone na klientów, na to co sobie pomyślą. Dopiero w Lloret de Mar było nieco inaczej, ludzie wydawali się na bardziej przyjaźnie nastawieni i ogólnie wszystko na innym poziomie. Mogę polecić jedynie spróbowania RAZ przekąsek Tapas i Paellę. A poza tym to szukać dobrego fast food’a, poważnie 😉

Największe rozczarowanie kulinarne?

W nadmorskim kultowym i topowym regionie turystycznym – dostajesz mrożone owoce morza. Kolejnym rozczarowaniem były posiłki bardzo ubogie w świeże warzywa, czego spodziewałem się przede wszystkim w  miejscu o takim położeniu geograficznym.

Czy wybrałbym się jeszcze raz?

Nie. Często zdarza mi się, że wróciłbym ponownie do regionu, w którym byłem turystycznie. W tym przypadku zobaczyłem raz – ok, więcej nie muszę. Owszem było kilka pięknych i wartych zobaczenia miejsc, zarówno pod kątem architektury jak i samego krajobrazu. Jednak rozpatrując wycieczkę pod kątem kulinarnym to klapa na maksa. Nie wiem czy źle trafialiśmy, ale mimo upału i ogólnego zmęczenia zawsze chwilę się zastanawialiśmy gdzie usiąść, żeby dobrze zjeść. I każde następne wejście do restauracji budziło we mnie coraz większe obawy. A jak dostałem to wymowne menu, z obrazkami niczym z budki dworcowej, to wiedziałem, że szaleństwa nie będzie.

Jeśli ktoś chce po prostu odznaczyć sobie Barcelonę na mapie swoich podróży spoko, ale jeśli to mają być jedyne wakacje w danym roku to nie polecam. Co najwyżej na weekend, wczesną wiosną kiedy jeszcze nie ma takich upałów. Osobiście gdybym musiał wybierać, wolałbym 2 razy więcej zapłacić za podróż do Grecji… Tam to się wypoczywa i jest co zjeść! Bez porównania 🙂

Pozdrawiam! Ł.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Ta strona wykorzystuje ciasteczka (cookies), przeglądając ją akceptujesz ich użycie. more information

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close